CZEKAN jako szczeniak

Istnieje pogląd, że PON-ie szczeniaki nie mają skłonności niszczycielskich. Podzielam ten pogląd, ale nie do końca. Sprawdzał się przy odchowywaniu Hardej, Zadry i Czekana, z tym że przy Czekanie tylko do wieku siedmiu miesięcy, czyli do czasu przeprowadzki do nowego domu, w nowe miejsce. To nowe miejsce nie było w pełni przygotowane na przyjęcie mojej rodziny z trzema psami. Okazało się, że nie ma w kranach wody (pęknięta rura znajdowała się w zaplombowanej, niedostępnej aptece), wszystkie drzwi w mieszkaniu zamykane są jedynie na klamki, ( co to za zamknięcie dla psa! ). Mąż został na starych śmieciach, ja w nowym mieszkaniu z rozkojarzonymi przeprowadzką psami. Rozpakowywanie rzeczy w tych warunkach szło opornie, wszędzie było pełno kartonów, papierów i innych opakowań. Sama chcąc się wykąpać jeździłam do rodzinnego domu oddalonego o 20 km, zostawiając mieszkanie na łasce wszędobylskich psów. Moje dwa PON-y ( Harda chwilowo zamieszkała w Kraśniku ) w tym bałaganie poczuły się znakomicie. Zadra przypomniała sobie, że jeszcze nigdy nie narozrabiała w domu, zdziecinniała i ramię w ramię z Czekaniem rozpoczęła działalność destrukcyjną. Wszystkie wymyślone przeze mnie zamknięcia (zakładanie łańcuszków na klamki, przystawianie do drzwi szafek - skoro ja je przesunęłam PON też da radę ) okazywały się nieskuteczne. Po koniecznych wyjazdach powroty były szokujące. Zastawałam otwarte każde drzwi i drzwiczki, ciuchy powyciągane, jedzenie ponapoczynane, każdy papier czy tektura podarte na drobne kawałeczki, bałagan nie do opisania, opadały mi ręce, nie wiedziałam za co brać się w pierwszej kolejności, a na tym wszystkim uśmiechnięte Zadra i Czekan. Najbardziej wstrząsający był powrót do domu w dniu, kiedy moje pieski dostały się do szafki z lekami. Stwierdziłam, oprócz normalnego już pobojowiska brak kilkudziesięciu tabletek ( zapas dla mojej mamy ) środka uspokajającego-obniżającego ciśnienie krwi. Wróciliśmy ( już razem, z mężem ) późno, sporo po północy, Zadra i Czekan przywitały nas szczerząc zęby w uśmiechu ( jak to PON potrafi ), zabraliśmy się za sprzątanie, znajdując w wymiocinach znaczną część pożartych tabletek ( wymiociny na świeżo upranym, rozłożonym do suszenia sweterku, ściągniętym na schody ), ale sporej ilości nie mogliśmy się doliczyć. Podczas krzątania się cały czas bacznie obserwowaliśmy psy. Nie okazywały żadnych oznak zatrucia, aktywnie uczestniczyły w naszych poczynaniach. Zmęczeni, nad ranem położyliśmy się spać. Byłam do tego stopnia wykończona psychicznie i fizycznie, że zasypiając z Zaderką pod pachą miałam tylko cichą nadzieję, że tę diablicę zastanę rano przy życiu. Moim kochanym pieskom nic się nie stało, obudziły się pełne wigoru, szczęśliwe, jak zwykle skore do zabawy.

Nie jestem pewna, ale przypuszczam, że utajone podtrucie się moich psów spowodowało zakończenie etapu niszczycielskiego tak Zadry jak i Czekana. Skończyło się darcie papieru, wyciąganie wszystkiego z szaf i szafek, kradzież jedzenia ( w celu zniszczenia, a nie zaspokojenia głodu), nareszcie można było zostawić pootwierane drzwi, a wychodząc z domu nie trzeba było się zastanawiać "co one jeszcze wymyślą" I całe szczęście, bo moja wyrozumiałość na wybryki zdezorientowanych zmianą miejsca psów była na ukończeniu.