ZADRA w pociągu

Zadra, zgodnie z zasadą jakie imię taki pies, miała charakter zadziorny. Pewnego dnia wybrałam się z nią w podróż pociągiem. Zgodnie z obowiązujacymi przepisami miała wykupiony bilet, w mojej torebce świadectwo szczepienia p/wściekliźnie, na mordce kaganiec. Współpasażerowie nie mieli nic przeciwko podróżowaniu z pięknym, czyściutkim, kudłatym pieskiem, sami poprosili, aby zdjąć biednemu pieskowi kaganiec, bo się zwierzątko męczy. Zaderka uszczęśliwiona usadowiła się na moich kolanach, trochę podsypiając, od czasu do czasu oglądając widoki za oknem. Zajęłam się książką, podróż przebiegała spokojnie, nic się nie działo.

Przyszedł konduktor, sprawdził bilety mój i Zadry, odszedł kilka kroków i nagle przypomniał sobie o nie dopełnieniu obowiązków. Wrócił gwałtownie ze słowami "Ten kaganiec powinien być na pysku psa, a nie na torbie". Ton jego głosu był dość agresywny, nie spodobało się to mojej suczce - jak ktoś śmie krzyczeć na JEJ PANIĄ, zareagowała równie gwałtownie, głucho warcząc próbowała dosięgnąć zębami delikwenta. Znając dobrze swoją PON-kę, trzymałam ją za obrożę i akcja skończyła się niepowodzeniem, ale bardzo rozśmieszyła moich towarzyszy podróży. Ze wszech stron odezwały się głosy: "po co panu to było" " trzeba zostawić psa w spokoju, jak on się wcale nie odzywa", " to jest bardzo grzeczny pies, ale nie lubi jak zwraca się uwagę jej pani". Konduktor zakrzyczany przez podróżnych, speszony ich śmiechem, przestał żądać zmiany położenia kagańca, odszedł do swoich obowiązków, tym bardziej, że Zaderka po okazaniu swego niezadowolenia, znowu leżała spokojnie na moich kolanach z miną niewiniątka i udając, że to całe zamieszanie to nie przez nią. Podróż dobiegła końca bez żadnych dalszych incydentów.