Wspomnienia nie tylko "poniaste"

 Za każdym razem, gdy zabieram się za pisanie o PON-ach wracają wspomnienia o innych moich psach: Muszce, Ascie, Asuncie i Dice.

Muszka -  czarna z białymi skarpetkami i białym krawacikiem mała suczka do dziś jest niedościgłym wzorem mądrości dla wszystkich żyjących po niej moich psów Była mi towarzyszką przez szereg lat dziecięcych i młodzieńczych, pocieszycielką w smutkach (płakała ze mną wtulona w moje ramię), wspólniczką w zabawach i kompanem wypraw na łono natury. Darzyła mnie gorącym uczuciem, ale jej "prawdziwą miłością" była moja mama. Musia nie była takim 100 procentowym ideałem, miała swoje przywary. Wśród wielu "obcych" wchodzących na nasz teren (dom, ogród) pokutowało mniemanie, że na takiego malucha wystarczy tupnąć  nogą, a ucieknie. Nic bardziej błędnego nie można było wymyślić dla Muszki - tupiący mógł mieć pewność, że poczuje zęby rozzłoszczonego psa na swojej łydce. Boleśnie o tym przekonało się kilka moich przyjaciółek, listonosze, inkasenci którzy nie mogli się oprzeć chęci aby w ten sposób odstraszyć szczekającego psa. Drugą czynnością której nie znosiła Muszka było złapanie jej za szyję i potrząśnięcie. Wywoływało to w niej ślepy gniew, bardzo trzeba było uważać na odsłonięte części ciała bo gryzła wszystko w zasięgu zębów. Pewnego pięknego dnia siedziałam z mamą na kocu w ogrodzie. Mama ubrana w opalacz czytała książkę, ja zabawaiałam się z Muszką. W pewnym momencie strzeliło mi do głowy aby rozłościć psa. Nic prostszego, złapałam ją obiema rękami za szyję, pilnie uważając aby nie miała możliwości dosięgnąć mnie zębami, potrząsnęłam głową psiny, nie myśląc o tym, że mama siedzi obok. Rozwścieczona Mucha zatopiła zęby w udzie niczego złogo nie spodziewającej się Pani! Gwałtowna reprymenada jaką usłyszałam była o mojej głupocie, czysta niesprawiedliwość, przecież nie ja ugryzłam mamę!

Muszka była chodzącą psią inteligencją, a nauczycieli miała pod dostatkiem (pięć osób z rodzny). Każdy z nas uczył ją czegoś, najczęściej z doskonałym rezultatem. Podstawowe komendy przyswoiła sobie nie wiadomo kiedy. Nie znała smyczy, a chodziła z nami na spacery trzymając się nóg jak uwiązana. Ja ze starszym bratem mieliśmy największe ambicje pedagogiczne. Nauczyliśmy ją siedzieć na tyłeczku, z przednimi łapkami w powietrzu (służ!), skakać przez przeszkody (hop!), tańczyć na tylnych nogach (tańcz!), trzymać smakołyk na nosie w określonej pozycji (siad,  trzymaj!), upuszczenie i złapanie tegoż smakołyku w powietrzu (jedz, łap!) i wiele innych sztuczek. Z każdego dowolnego punktu miasta (Kraśnika) można ją było odesłac do domu z przesyłką w zębach (drobną, bo i ona była drobna) i zawsze wywiązywała się z powierzonego jej zadania. Lubiłam się nią popisywać!

Muszka odeszła od nas w wieku 12 lat z winy trutki na szczury rozłożonej w bloku w którym mieszkaliśmy. Mimo intesywnych starań moich rodziców i lekarza weterynarii nie dało się jej uratować. Boleśnie przeżyłam jej śmierć. Jeszcze teraz po tylu latach powiedzenie do psa "ty jesteś mądry prawie tak jak Muszka" jest najwyższym wyróżnieniem w moich ustach i spotyka to niewielu z moich podopiecznych.